Wolne Miejsce

2015

 
 

Kto powiedział, że samotny musi być samotny też w Wigilię? Do stołu w chorzowskiej hali Kapelusz w 2013 usiadło tysiąc osób. Było 500 litrów zupy rybnej, 200 kg karpi, 100 kg śledzi. I stu wolontariuszy. Dzięki Mikołajowi. Mikołajowi Rykowskiemu

Na to spotkanie nikt nie wysyła zaproszeń. No bo jak przygotować taką listę gości? Wywieszono więc plakaty. Przy kościołach, domach kultury, przystankach autobusowych.

  Ludzie dowiadują się, że wystarczy przyjść do parku Śląskiego. Tam w hali wystawienniczej Kapelusz będą nakryte stoły, tradycyjne potrawy, opłatek, modlitwy i śpiewający kolędnicy. Wszystko za darmo.


- Czy aby na pewno? - dopytuje pani Maria z Katowic. Ma 72 lata. Bezdzietna, wdowa od kilku lat. Po raz pierwszy zdecydowała, że tego wieczoru nie spędzi w domu przed telewizorem. Założyła najlepszą garsonkę, do torebki na wszelki wypadek schowała opłatki. Szuka w hali miejsca. Większość już zapełniona. 33-letnia Diana Niedzielak przyjechała z dwójką małych dzieci ze Świętochłowic. - W wigilię wszystko musi być jak trzeba. Karp i inne dania. W tym roku nie miałam za co i z czego gotować - przyznaje. Nieopodal mężczyzna w średnim wieku niepewnie wyciąga komórkę. - Liczę, że jeszcze córka zadzwoni. Nasze drogi się rozeszły - pan Henryk na wigilię przyjechał z Bytomia.

   Pani Maria znajduje miejsce. Zespół na scenie śpiewa kolędy, wolontariusze roznoszą półmiski. Za chwilę będzie modlitwa, bo do sceny podchodzą już księża. - Ale kto to wszystko przygotował? - pyta pani Maria.

- To pani nie wie? Mikołaj - dwie kobiety wskazują 41-letniego mężczyznę w prążkowym garniturze.


Na Śląsk po pieniądze


Jest 1989 r. Mikołaj Rykowski mieszka w Kołobrzegu. W szkole średniej uczy się na marynarza nawigatora. Ale na morzu nie pracuje długo. 20-latkowi marzy się własny interes. Po pierwszych wolnych wyborach i zwycięstwie "Solidarności" każdy idzie na swoje. Rykowski przez znajomych nawiązuje kontakty i zaczyna sprzedawać tapety. Ma dojścia do tanich hurtowni. Sprzedaje do sklepów za taką cenę, że sporo mu zostaje. Jeden z hurtowników podpowiada: jedź na Śląsk. Tam tapet jak na lekarstwo.


Rykowski sprzedaje towar do kilku sklepów w Katowicach. Zyski większe niż na Wybrzeżu. 20-latek oblicza, że pieniędzy byłoby jeszcze więcej, gdyby miał własny sklep. Znajduje w mieście lokal i zatrudnia sprzedawczynie. Tapety schodzą jak świeże bułeczki. Na zakupy przyjeżdżają ludzie z Rudy Śląskiej, Chorzowa czy Sosnowca. Rykowski otwiera kolejny sklep w Chorzowie. Po ponad roku ma na Śląsku siedem sklepów. Rykowskiemu cały czas wypełnia praca. Mieszka po hotelach. Nie dosypia. Wozi towar, pilnuje rachunków. W końcu bierze krótki urlop. Jedzie do domu, do Kołobrzegu. Na plaży poznaje atrakcyjną blondynkę. Jola przyjechała na wakacje z Sanoka. Rykowski zaprasza ją na kolacje, spacery. Dni spędzają nad wodą, wieczory w nadmorskich klubach. Sielankę kończy telefon od kontrahenta. Rykowski musi wracać na Śląsk. Znowu spanie w hotelu, wożenie tapet i liczenie rachunków. Między kolejnymi dostawami Mikołaj jeździ do Sanoka. Siedzenie za kółkiem daje się we znaki. Mikołaj postanawia to zmienić. Liczy zyski i kupuje w Katowicach mieszkanie. Jola zgadza się na przeprowadzkę, ale oboje nie chcą jeszcze ślubu. Pieniędzy jest na tyle, że Rykowski postanawia zwolnić tempo w pracy. Razem z Jolą zwiedza Europę. Dobrze się bawią.


Czekanie na znak


Rykowski na początku lat 90. zarabia miesięcznie najmniej tyle, ile górnik dołowy zarabia w dziesięć miesięcy. W biznesie już nie musi sam wszystkiego robić. Zatrudnia kierowców, dostawców, kolejne ekspedientki. W sumie 40 osób. Ma więcej czasu dla siebie. Coraz bardziej podoba mu się nocny tryb życia. Dyskoteki, kluby i zakrapiane do rana imprezy stają się codziennością. Opamiętanie przychodzi po wypadku samochodowym. Jest godzina 8.45 i auto, które prowadzi Rykowski, dachuje. On sam czuje, że tylko cudem wychodzi z wypadku bez szwanku. Myśli, że to znak. Postanawia wieczory spędzać w domu, a pić tylko od święta. Cały czas jednak dzwoni telefon. - Daj spokój, wyskoczymy tylko na piwo - przekonują znajomi. Jola się denerwuje. Wierzy, że Mikołaj się ustatkuje. Ale on się łamie. Po kolejnym telefonie wychodzi. Wraca rano. Odsypia. Podoba mu się duże towarzystwo, alkohol, używki. Ale męczy go też kac i wyrzuty Joli. Rok po dachowaniu budzi się półprzytomny po kolejnej imprezie. Patrzy na zegarek i widzi 8.45. Rykowski uznaje, że to ostateczny znak, by zmienić swoje życie. Wstępuje do Kościoła baptystycznego. Z Jolą w końcu decydują się wziąć ślub.


Zmiana życia i biznesu


Sytuacja się zmienia. Niemal w każdym dużym mieście stoi Praktiker albo Castorama. U Mikołaja coraz mniej klientów. - Trzeba pomyśleć o jakiejś innej branży - myśli Mikołaj. Rykowscy mieszkają na Tysiącleciu, jednym z największych osiedli w Katowicach. Naprzeciwko jest park Śląski. W czasie jednego ze spacerów Mikołaj wpada na pomysł - przy jednej z alejek chce postawić własną restaurację. Zamiast tradycyjnych śląskich rolad i klusek chce serwować gościom ryby. Bo przecież takiej knajpy w okolicy nie ma. Świeże dorsze, pstrągi, halibuty. Miejsce będzie się nazywało Wioska Rybacka, bo czasem w Mikołaju odzywa się tęsknota za Kołobrzegiem. Najgorsze, że sklepy trzeba będzie zlikwidować. Nie od razu, stopniowo. Utrzymywać tak długo, jak tylko się da. Szczęście do interesów Mikołaja nie opuszcza.


W 2003 r. otwiera własną knajpę. Wioska Rybacka zwłaszcza latem przeżywa oblężenie. Restauracja oferuje catering. Jedzenie wożą do szkół i przedszkoli. Kiedy Mikołaj zamyka pierwsze sklepy, część personelu dostaje pracę za barem lub w kuchni Wioski Rybackiej. Inni pracują jako jej ochroniarze. Ludzie ryby od Mikołaja polubili. Wszystko zaczyna się układać. Rykowscy na brak pieniędzy wciąż nie narzekają. Dalej spędzają wakacje za granicą. Ale Jolę coraz mniej to bawi. Widzi w kurortach rodziny z dziećmi. A oni cały czas podróżują tylko we dwójkę. Na święta do rodziców w Sanoku też. Albo na Wybrzeże. Chociaż tam coraz rzadziej. Rodzice Mikołaja rozchodzą się. Jego matka wyjeżdża do Włoch. Ojciec zakłada nową rodzinę.


Inna Wigilia


Dwa lata po otwarciu Wioski Rybackiej Mikołaj restaurację rozbudowuje. Na osiedlu wywiesza kartki, że szuka robotników. Zgłasza się m.in. Dariusz Wiza. Mieszka kilka bloków dalej od nowego szefa. Są w tym samym wieku. Szybko nawiązują ze sobą kontakt, często rozmawiają. Dariusz opowiada, że mieszka sam. Rodzice umarli, a jemu jakoś nie wyszło z założeniem rodziny. Już po zakończeniu prac Mikołaj często na osiedlu spotyka Dariusza. W grudniu obaj idą na kawę. - W Wigilię odwiedzam groby, wracam do domu i słyszę, jak za ścianą ludzie śpiewają kolędy. Nie gotuję żadnych potraw, bo po co? Wiesz, ja nawet choinki nie stroję. Mam gotową. Z bombkami, światełkami stoi w szafie. Przed każdym Bożym Narodzeniem ją wyciągam. Później chowam - mówi Dariusz.


- W tym roku przyjdź do nas - zaprasza Mikołaj. Nie zapytał wcześniej Joli, ale jest pewien, że się nie sprzeciwi. I się nie myli. W Wigilię ustawiają już nie trzy, ale cztery talerze. Znajomy przychodzi w skromnym garniturze. Na początku speszony. Ale jak Jola podaje zupę rybną, lody puszczają. - Moja mama też taką robiła - cieszy się Dariusz. Opowiada, co i jak przyrządzano w domu. Jola i Mikołaj mówią o swoich przepisach. - Za rok musi być powtórka - zapowiada Mikołaj. Rano już sami jadą na święta do rodziców Joli. Po roku Dariusz opowiada, że poznał w swoim bloku sąsiadkę. Starsza pani, która też jest sama. - Zaproś ją do mnie - zachęca Mikołaj. I Wigilię spędzają już w czwórkę. Rok później jest o kilka osób więcej. Ktoś kogoś jeszcze ze sobą przyprowadził. Albo do Mikołaja podszedł zupełnie obcy mężczyzna przed blokiem. - Słyszałem, że u pana można spędzić Wigilię. Mieszkam tu od niedawna. Dzieci daleko, w Anglii. Nie mam co z sobą zrobić w ten wieczór - nieznajomy spuszcza wzrok. A Mikołaj już zaprasza. Jola musi coraz więcej gotować. Ale jest zadowolona. Zwłaszcza że w ośrodku adopcyjnym podjęto już bardzo ważne decyzje. Niedługo później w domu Rykowskich pojawiają się małe dzieci - Zuzia i Mikołaj.


Mieszkanie nie z gumy


Na osiedlu nie mówi się już inaczej jak Wigilia u Mikołaja. W 2009 r. w mieszkaniu Rykowskich spotyka się kilkanaście osób. Mikołaj patrzy zadowolony, jak córka siada obok starszego, obcego mężczyzny. - Dzień dobry, jestem Zuzia. Chcę panu życzyć szczęśliwego Bożego Narodzenia - mówi dziewczynka. A starszy pan zachęca, by zacząć wspólnie śpiewać kolędy. Rok później z wizytą w Katowicach zapowiada się mama Mikołaja i jego brat z żoną. - Tym razem to już naprawdę się nie pomieścimy - martwi się Jola. Mikołaj zaczyna się denerwować. Mieszkanie nie jest z gumy, ale przecież nie odmówi stałym gościom. - Zrobimy wigilię w restauracji - zapowiada. Jak to wigilia nie w domu? To nie wypada! Jak to wszystko urządzić? Jola ma wątpliwości. - Na miejscu jest kuchnia. Ustawimy choinki, stoły przykryjemy białymi obrusami. Trochę więcej zupy się ugotuje, a karp w końcu nie jest najdroższą rybą na świecie - uspokaja Mikołaj i łapie za telefon. Informuje wszystkich, że w tym roku spotykają się w Wiosce Rybackiej. - Jak zawsze ubieramy się odświętnie. Prezenty zabierzcie ze sobą. Przecież to nasza wigilia, a nie udawane spotkanie opłatkowe - wyjaśnia Mikołaj przyjezdnej rodzinie. I świętują w restauracji. Rok później w restauracji jest tak ciasno, że Mikołaj musi znaleźć nowe miejsce. Obok Wioski w parku stoi duża hala. To tzw. Kapelusz. W ciągu roku są w nim wystawy kwiatowe, można też tam jeździć na rolkach. - W Wigilię hala przecież stoi pusta - myśli Rykowski i idzie do dyrekcji parku. - W organizacji chętnie pomożemy. Halę damy pod jednym warunkiem: wigilia musi być w Wigilię. Autentyczna - zastrzega Arkadiusz Godlewski, prezes parku Śląskiego.


- Przecież my zawsze prawdziwą wigilię robimy!


Setki samotnych


Mikołaj wie, że tym razem już sam sobie nie poradzi. Potrzebni są sponsorzy i ludzie, którzy zwyczajnie pomogą wszystko przygotować. Jak zwykle może liczyć na żonę, ale opieka nad dziewięcioletnią córką i trzyletnim synem zajmuje jej coraz więcej czasu. W restauracji pojawiają się właściciele innych parkowych knajpek. Wieści o wigilii szybko się rozeszły. Ktoś obiecuje słodycze, ktoś inny napoje. Przychodzą też stali goście. Ktoś obiecuje, że poprosi o darmowy chleb w piekarni, zorganizuje opłatki, a nawet prezenty.


Restauracja Mikołaja zmienia się w sztab wigilijny. Znajomi dzielą się obowiązkami. Szukają sponsorów. Dzwonią po firmach. - Na wigilię dla samotnych? Damy - słyszą często. Organizatorom pomagają seniorzy z Parkowej Akademii Wolontariatu. Rykowskiemu udaje się załatwić bezpłatne autobusy. Chętnych do Kapelusza będą dowozić z centrum Katowic, Chorzowa, Siemianowic Śląskich. Znajduje też drukarnię, która za darmo przygotuje ogłoszenia.


24 grudnia pod Kapelusz podjeżdżają też auta. Wysiadają z nich pojedyncze osoby. - Pracuję w święta, rodziców mam daleko i nie mogłam jechać. Pół roku temu się rozwiodłam. Dziś nie chcę być sama - mówi młoda kobieta.


Kilku mężczyzn wejść nie może. Są pijani. A w środku dużo starszych kobiet albo matki z malutkimi dziećmi. W czasie wieczoru musi być spokój i godna atmosfera.


Na zeszłoroczną wigilię przyszło 600 osób. W tym roku gości było tysiąc. Przy kolacji pomagało stu wolontariuszy.


- Spełniam dobre uczynki? Nie, bo to wciąż moja Wigilia. I mojej rodziny. Po takim spotkaniu zawsze czuję się lepiej. Mam szczęście w życiu. I wiem, że nauczyłem się nim choć trochę dzielić - uśmiecha się Rykowski.




 

Czy somotny musi być sam nawet w Wigilie?

Zostań Świątecznym Wolontariuszem

tel+48 694 019 254

wigiliadlasamotnych@gmail.com

mikolaj@wolnemiejsce.pl